Kolory blakły a ona z dnia na dzień co raz bardziej zapadała się w
miejsce ,o którym nic nie wiedział.Już nawet jej głos nie był dla niego
pocieszeniem,zachrypnięty,ledwo słyszalny,wyprany z wszelkich
emocji,potworny…
Nie chciał już patrzeć,nie na …martwe za życia ” słońce”.
-Przestań,proszę…-nie mógł znieść tego widoku…
-Nie…,błagam…-znów otchłań wyciągała ku niemu zdradliwe szpony.
-Boże…nie rób mi tego…
-To nie Bóg-usłyszał w odpowiedzi.
-Więc kto?-zapytał,przerażający gardłowy śmiech rozbrzmiał w jego głowie.
-Ty sam…
-Odejdź!,zostaw mnie!-krzyczał w myślach.
-Nie mogę,jestem tobą…
Siedziała
na parapecie,pustymi,mętnymi oczami patrzyła w niewidzialny punkt,bez
najmniejszych oznak życia,zupełnie jak woskowa figura.Widział siebie
krążącego nerwowo po salonie,nie spuszczał jej z oczu,odchodził od
zmysłów,bo czy jest wyjście z miejsca,do którego ona zmierza?co się z
nią do cholery dzieje?!od dwóch dni nie wychrypiała ani jednego
słowa,jest jak głucho-niema,obecna tylko ciałem,a raczej tym co z jej
ciała zostało.Umierał ze strachu o nią,a co jeśli,mimo wyjścia,ona nie
będzie chciała wrócić?-nieme pytania dudniły w jego głowie-co ona
wyprawia?chce mnie zostawić?-strach ścisnął mu gardło-zabrać
wszystko?całą radość?szczęście?zabrać ze sobą do miejsca,które tylko ona
zna?!odebrać wszystko co kocham?!
Strach przerodził się w
panikę,widział siebie ,jak wielkimi krokami przecina salon,jak
szarpnięciem ściąga ją z parapetu mocno trzymając za nadgarstki,jak
potrząsa nią niczym kukłą,krzycząc by się obudziła,wzięła się w garść,by
znów zaczęła żyć…-pomyślał-żyć dla mnie!-ale nie miał odwagi tego
powiedzieć,nie,kiedy patrzyła na niego oczami pełnymi strachu i
łez.Nie,kiedy trzęsła się ze strachu…przed nim.Czekał,aż coś powie,aż
wychrypi cokolwiek,ale ona milczała,jak…grób,cholerny,pieprzony
grobowiec!Nie wytrzymał,przerażenie,panika i wściekłość zmieszały się
opanowując jego ciało i umysł i wylało przez jego usta-wolałbym,żebyś
była martwa!naprawdę martwa!nie martwa za życia!-odepchnął ją od
siebie,tym samym puszczając nadgarstki.Dopiero teraz zauważył,że dłonie
jej zsiniały,wpadł w furię,był wściekły na siebie,bo zrobił jej
krzywdę,na nią,bo milczy-wolałbym żebyś umarła-wysyczał przez zaciśnięte
zęby.Odwrócił się do niej bokiem,żeby nie widzieć więcej jej
żalu,wplótł dłonie we włosy,żeby ukryć to,że się trzęsą,starał się
zapanować nad sobą…
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz