wtorek, 17 września 2013

4. Straszna prawda.

Kolory blakły a ona z dnia na dzień co raz bardziej zapadała się w miejsce ,o którym nic nie wiedział.Już nawet jej głos nie był dla niego pocieszeniem,zachrypnięty,ledwo słyszalny,wyprany z wszelkich emocji,potworny…
Nie chciał już patrzeć,nie na …martwe za życia ” słońce”.
-Przestań,proszę…-nie mógł znieść tego widoku…
-Nie…,błagam…-znów otchłań wyciągała ku niemu zdradliwe szpony.
-Boże…nie rób mi tego…
-To nie Bóg-usłyszał w odpowiedzi.
-Więc kto?-zapytał,przerażający gardłowy śmiech rozbrzmiał w jego głowie.
-Ty sam…
-Odejdź!,zostaw mnie!-krzyczał w myślach.
-Nie mogę,jestem tobą…
Siedziała na parapecie,pustymi,mętnymi oczami patrzyła w niewidzialny punkt,bez najmniejszych oznak życia,zupełnie jak woskowa figura.Widział siebie krążącego nerwowo po salonie,nie spuszczał jej z oczu,odchodził od zmysłów,bo czy jest wyjście z miejsca,do którego ona zmierza?co się z nią do cholery dzieje?!od dwóch dni nie wychrypiała ani jednego słowa,jest jak głucho-niema,obecna tylko ciałem,a raczej tym co z jej ciała zostało.Umierał ze strachu o nią,a co jeśli,mimo wyjścia,ona nie będzie chciała wrócić?-nieme pytania dudniły w jego głowie-co ona wyprawia?chce mnie zostawić?-strach ścisnął mu gardło-zabrać wszystko?całą radość?szczęście?zabrać ze sobą do miejsca,które tylko ona zna?!odebrać wszystko co kocham?!
Strach przerodził się w panikę,widział siebie ,jak wielkimi krokami przecina salon,jak szarpnięciem ściąga ją z parapetu mocno trzymając za nadgarstki,jak potrząsa nią niczym kukłą,krzycząc by się obudziła,wzięła się w garść,by znów zaczęła żyć…-pomyślał-żyć dla mnie!-ale nie miał odwagi tego powiedzieć,nie,kiedy patrzyła na niego oczami pełnymi strachu i łez.Nie,kiedy trzęsła się ze strachu…przed nim.Czekał,aż coś powie,aż wychrypi cokolwiek,ale ona milczała,jak…grób,cholerny,pieprzony grobowiec!Nie wytrzymał,przerażenie,panika i wściekłość zmieszały się opanowując jego ciało i umysł i wylało przez jego usta-wolałbym,żebyś była martwa!naprawdę martwa!nie martwa za życia!-odepchnął ją od siebie,tym samym puszczając nadgarstki.Dopiero teraz zauważył,że dłonie jej zsiniały,wpadł w furię,był wściekły na siebie,bo zrobił jej krzywdę,na nią,bo milczy-wolałbym żebyś umarła-wysyczał przez zaciśnięte zęby.Odwrócił się do niej bokiem,żeby nie widzieć więcej jej żalu,wplótł dłonie we włosy,żeby ukryć to,że się trzęsą,starał się zapanować nad sobą…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz