-Jak ktoś…,tak bezlitosny i okrutny może tworzyć taką muzykę?-chrypiała z wielkim trudem,serce tłukło się w nim niczym młot.
-…do tego potrzebne jest serce..-nie wierzył w to co słyszy.
-…masz wielką bryłę lodu zamiast niego-odważył się spojrzeć na nią,musiał się upewnić,że te słowa,naprawdę płynął z jej ust.
-…w
bezkresnej czarnej dziurze zamiast duszy…,jesteś
potworem…,koszmarem,najgorszym z najgorszych…-kolejne
„sztylety”rozcinały jego ciało,pozostawiając otwarte,krwawiące
rany…,wierzył,że to już koniec tragicznych słów…
-…i mam nadzieję,że
minie jeszcze tysiąc mórz i tysiąc ciemnych lat bez czasu nim znów cię
spotkam…-tak strasznie łkała,tak trudno było jej złapać oddech…a on stał
tam bezradny i załamany…
Slajdy zniknęły,rozejrzał się po
salonie,ufał,że ją tam zobaczy,że to wszystko co przed chwilą widział to
tylko koszmar senny,że właśnie się obudził a ona przywita go swoim
ciepłym uśmiechem…,niestety…nie zobaczył jej,zobaczył wystraszonych
ludzi wokół siebie i wiedział już,że to nie sen,że stracił „swoje
słońce”przez egoizm,który nim kierował.Chciał dobrze,chciał tylko
szczęścia od „swojej San”ale nawet przez ułamek sekundy nie
pomyślał,czego mogłaby chcieć „jego dziewczynka”?jak nazywał ją w
myślach.Czuł się okropnie,wszystko go bolało,objął więc swoje wątłe
ciało długimi ramionami i jęknął boleśnie chcąc pozbyć się grasujących w
jego wnętrzu „piranii”ale te były zbyt silne i coraz mocniej szarpały
resztki jego serca…Jedyne czego teraz chciał to umrzeć…,czy to nie
byłoby piękne?zawsze wierzył w miłość od pierwszego wejrzenia i w to,że
kiedyś miłość jego życia go znajdzie…i znalazła a teraz odeszła
zabierając ze sobą wszystko…
miłość, nie zawsze jest piękna......
wtorek, 17 września 2013
4. Straszna prawda.
Kolory blakły a ona z dnia na dzień co raz bardziej zapadała się w
miejsce ,o którym nic nie wiedział.Już nawet jej głos nie był dla niego
pocieszeniem,zachrypnięty,ledwo słyszalny,wyprany z wszelkich
emocji,potworny…
Nie chciał już patrzeć,nie na …martwe za życia ” słońce”.
-Przestań,proszę…-nie mógł znieść tego widoku…
-Nie…,błagam…-znów otchłań wyciągała ku niemu zdradliwe szpony.
-Boże…nie rób mi tego…
-To nie Bóg-usłyszał w odpowiedzi.
-Więc kto?-zapytał,przerażający gardłowy śmiech rozbrzmiał w jego głowie.
-Ty sam…
-Odejdź!,zostaw mnie!-krzyczał w myślach.
-Nie mogę,jestem tobą…
Siedziała na parapecie,pustymi,mętnymi oczami patrzyła w niewidzialny punkt,bez najmniejszych oznak życia,zupełnie jak woskowa figura.Widział siebie krążącego nerwowo po salonie,nie spuszczał jej z oczu,odchodził od zmysłów,bo czy jest wyjście z miejsca,do którego ona zmierza?co się z nią do cholery dzieje?!od dwóch dni nie wychrypiała ani jednego słowa,jest jak głucho-niema,obecna tylko ciałem,a raczej tym co z jej ciała zostało.Umierał ze strachu o nią,a co jeśli,mimo wyjścia,ona nie będzie chciała wrócić?-nieme pytania dudniły w jego głowie-co ona wyprawia?chce mnie zostawić?-strach ścisnął mu gardło-zabrać wszystko?całą radość?szczęście?zabrać ze sobą do miejsca,które tylko ona zna?!odebrać wszystko co kocham?!
Strach przerodził się w panikę,widział siebie ,jak wielkimi krokami przecina salon,jak szarpnięciem ściąga ją z parapetu mocno trzymając za nadgarstki,jak potrząsa nią niczym kukłą,krzycząc by się obudziła,wzięła się w garść,by znów zaczęła żyć…-pomyślał-żyć dla mnie!-ale nie miał odwagi tego powiedzieć,nie,kiedy patrzyła na niego oczami pełnymi strachu i łez.Nie,kiedy trzęsła się ze strachu…przed nim.Czekał,aż coś powie,aż wychrypi cokolwiek,ale ona milczała,jak…grób,cholerny,pieprzony grobowiec!Nie wytrzymał,przerażenie,panika i wściekłość zmieszały się opanowując jego ciało i umysł i wylało przez jego usta-wolałbym,żebyś była martwa!naprawdę martwa!nie martwa za życia!-odepchnął ją od siebie,tym samym puszczając nadgarstki.Dopiero teraz zauważył,że dłonie jej zsiniały,wpadł w furię,był wściekły na siebie,bo zrobił jej krzywdę,na nią,bo milczy-wolałbym żebyś umarła-wysyczał przez zaciśnięte zęby.Odwrócił się do niej bokiem,żeby nie widzieć więcej jej żalu,wplótł dłonie we włosy,żeby ukryć to,że się trzęsą,starał się zapanować nad sobą…
Nie chciał już patrzeć,nie na …martwe za życia ” słońce”.
-Przestań,proszę…-nie mógł znieść tego widoku…
-Nie…,błagam…-znów otchłań wyciągała ku niemu zdradliwe szpony.
-Boże…nie rób mi tego…
-To nie Bóg-usłyszał w odpowiedzi.
-Więc kto?-zapytał,przerażający gardłowy śmiech rozbrzmiał w jego głowie.
-Ty sam…
-Odejdź!,zostaw mnie!-krzyczał w myślach.
-Nie mogę,jestem tobą…
Siedziała na parapecie,pustymi,mętnymi oczami patrzyła w niewidzialny punkt,bez najmniejszych oznak życia,zupełnie jak woskowa figura.Widział siebie krążącego nerwowo po salonie,nie spuszczał jej z oczu,odchodził od zmysłów,bo czy jest wyjście z miejsca,do którego ona zmierza?co się z nią do cholery dzieje?!od dwóch dni nie wychrypiała ani jednego słowa,jest jak głucho-niema,obecna tylko ciałem,a raczej tym co z jej ciała zostało.Umierał ze strachu o nią,a co jeśli,mimo wyjścia,ona nie będzie chciała wrócić?-nieme pytania dudniły w jego głowie-co ona wyprawia?chce mnie zostawić?-strach ścisnął mu gardło-zabrać wszystko?całą radość?szczęście?zabrać ze sobą do miejsca,które tylko ona zna?!odebrać wszystko co kocham?!
Strach przerodził się w panikę,widział siebie ,jak wielkimi krokami przecina salon,jak szarpnięciem ściąga ją z parapetu mocno trzymając za nadgarstki,jak potrząsa nią niczym kukłą,krzycząc by się obudziła,wzięła się w garść,by znów zaczęła żyć…-pomyślał-żyć dla mnie!-ale nie miał odwagi tego powiedzieć,nie,kiedy patrzyła na niego oczami pełnymi strachu i łez.Nie,kiedy trzęsła się ze strachu…przed nim.Czekał,aż coś powie,aż wychrypi cokolwiek,ale ona milczała,jak…grób,cholerny,pieprzony grobowiec!Nie wytrzymał,przerażenie,panika i wściekłość zmieszały się opanowując jego ciało i umysł i wylało przez jego usta-wolałbym,żebyś była martwa!naprawdę martwa!nie martwa za życia!-odepchnął ją od siebie,tym samym puszczając nadgarstki.Dopiero teraz zauważył,że dłonie jej zsiniały,wpadł w furię,był wściekły na siebie,bo zrobił jej krzywdę,na nią,bo milczy-wolałbym żebyś umarła-wysyczał przez zaciśnięte zęby.Odwrócił się do niej bokiem,żeby nie widzieć więcej jej żalu,wplótł dłonie we włosy,żeby ukryć to,że się trzęsą,starał się zapanować nad sobą…
3.Drugie ja.
…”Posadźmy go” usłyszał i poczuł jak kilka par rąk unosi jego tułów.Znów szpakowaty mężczyzna zadawał mu te same pytania:
-Nic mi nie jest!, dlaczego wciąż pytacie o to samo?!; nie wiem co się stało, nie wiem gdzie jest Sunshine, …moja Sunshine-serce zatrzepotało w nim ,niczym ptak zrywający się do lotu,kolejny obraz,tym razem siedział gdzieś wysoko na parapecie.Widział Toma, dziewczynę anioła i …Sunshine, na soczyście zielonej trawie,grali w tenisa stołowego,dziewczyny śmiały się dźwięcznie, a Tom złościł się do kresu możliwości
-Takiego serwu nie da się odebrać!-krzyczał oburzony-to nie fair!Na razie koniec meczu! Gabi …
-No tak…,anioł to Gabi…,teraz pamiętam…
Blondynka usiadła z boku śmiejąc się w głos
-Będziesz serwować tak długo ,aż w końcu uda mi się odbić tę cholerna piłeczkę!
-Jak chcesz-”Sun” wzruszyła ramionami śmiejąc się. Zaserwowała tak szybko i zwinnie, że nie zauważył kiedy podrzuciła piłeczkę, ani kiedy uderzyła w nią rakietką. Zauważył tylko, jak pędząca biała kuleczka ,leci prosto obracając się wokół własnej osi i dosłownie kilka milimetrów przed rakietką Aleca skręca w lewo i bezgłośnie spada na trawę
-To niemożliwe!-wrzasnął Tom…,nie podobał mu się ani sposób a tym bardziej ton, jakim odzywał się do dziewczyny
-Inaczej nie umiem-żaliła się-nic na to nie poradzę…
Już się nie śmiała,było jej smutno, przygnębienie zawładnęło nim w chwili, w której „zgasło” jego „słońce”.Lodowaty wiatr porwał obraz ale nie zabrał ze sobą uczucia, które mu towarzyszyło,…strasznego,….przerażającego. Widoku prostej,pustej i długiej drogi, na którą właśnie patrzył też nie zabrał a on zagubiony wśród otaczających go ludzi, nie wiedział jak nazywa się „to” co teraz czuł, wiedział tylko,że to coś nie dobrego, że boi się tego a co najgorsze,…że sprawia mu to niemal fizyczny ból i że na pewno nie chce tego czuć…
-…bo jego uśmiech, to twoja radość-znów tylko jej głos..
-Jego radość, to twoje szczęście- i aż głos…
-Jego szczęście,to twoja euforia-poczuł się odrobinę lepiej…
-Jego smutek,twoim bólem-chciał ją zobaczyć…
-Jego ból,twoim cierpieniem-żeby ogrzać się jej ciepłem…
-Jego cierpienie, twoją rozpaczą-i poczuć szczęście…
-Pokazać ci twoje szczęście?-usłyszał w głowie jakby swój głos…,ale przecież mój głos nie jest taki zimny, wyrachowany…prawda?-zadał sobie nieme pytanie
-Chcesz zobaczyć?-jego drugie” ja” kusiło starannie…
-T…ak-obawiał się tego głosu,coś mu mówiło żeby mu nie ufać ale…tak bardzo chciał ją zobaczyć.Obrazy zmieniały się co sekundę,ale widział ją…uśmiechniętą,radosną,tryskającą energią,pełną życia.”Slajdy”zwolniły tempa,ucieszył się, ale nie na długo. Teraz widział to, czego oglądać nie chciał,coś co go zabijało…jej twarz bez uśmiechu,co raz bardziej szara z każdym obrazem,oczy bez blasku co raz bardziej puste…jego słońce gasło z każdą migawką…
-Nic mi nie jest!, dlaczego wciąż pytacie o to samo?!; nie wiem co się stało, nie wiem gdzie jest Sunshine, …moja Sunshine-serce zatrzepotało w nim ,niczym ptak zrywający się do lotu,kolejny obraz,tym razem siedział gdzieś wysoko na parapecie.Widział Toma, dziewczynę anioła i …Sunshine, na soczyście zielonej trawie,grali w tenisa stołowego,dziewczyny śmiały się dźwięcznie, a Tom złościł się do kresu możliwości
-Takiego serwu nie da się odebrać!-krzyczał oburzony-to nie fair!Na razie koniec meczu! Gabi …
-No tak…,anioł to Gabi…,teraz pamiętam…
Blondynka usiadła z boku śmiejąc się w głos
-Będziesz serwować tak długo ,aż w końcu uda mi się odbić tę cholerna piłeczkę!
-Jak chcesz-”Sun” wzruszyła ramionami śmiejąc się. Zaserwowała tak szybko i zwinnie, że nie zauważył kiedy podrzuciła piłeczkę, ani kiedy uderzyła w nią rakietką. Zauważył tylko, jak pędząca biała kuleczka ,leci prosto obracając się wokół własnej osi i dosłownie kilka milimetrów przed rakietką Aleca skręca w lewo i bezgłośnie spada na trawę
-To niemożliwe!-wrzasnął Tom…,nie podobał mu się ani sposób a tym bardziej ton, jakim odzywał się do dziewczyny
-Inaczej nie umiem-żaliła się-nic na to nie poradzę…
Już się nie śmiała,było jej smutno, przygnębienie zawładnęło nim w chwili, w której „zgasło” jego „słońce”.Lodowaty wiatr porwał obraz ale nie zabrał ze sobą uczucia, które mu towarzyszyło,…strasznego,….przerażającego. Widoku prostej,pustej i długiej drogi, na którą właśnie patrzył też nie zabrał a on zagubiony wśród otaczających go ludzi, nie wiedział jak nazywa się „to” co teraz czuł, wiedział tylko,że to coś nie dobrego, że boi się tego a co najgorsze,…że sprawia mu to niemal fizyczny ból i że na pewno nie chce tego czuć…
-…bo jego uśmiech, to twoja radość-znów tylko jej głos..
-Jego radość, to twoje szczęście- i aż głos…
-Jego szczęście,to twoja euforia-poczuł się odrobinę lepiej…
-Jego smutek,twoim bólem-chciał ją zobaczyć…
-Jego ból,twoim cierpieniem-żeby ogrzać się jej ciepłem…
-Jego cierpienie, twoją rozpaczą-i poczuć szczęście…
-Pokazać ci twoje szczęście?-usłyszał w głowie jakby swój głos…,ale przecież mój głos nie jest taki zimny, wyrachowany…prawda?-zadał sobie nieme pytanie
-Chcesz zobaczyć?-jego drugie” ja” kusiło starannie…
-T…ak-obawiał się tego głosu,coś mu mówiło żeby mu nie ufać ale…tak bardzo chciał ją zobaczyć.Obrazy zmieniały się co sekundę,ale widział ją…uśmiechniętą,radosną,tryskającą energią,pełną życia.”Slajdy”zwolniły tempa,ucieszył się, ale nie na długo. Teraz widział to, czego oglądać nie chciał,coś co go zabijało…jej twarz bez uśmiechu,co raz bardziej szara z każdym obrazem,oczy bez blasku co raz bardziej puste…jego słońce gasło z każdą migawką…
2.Jawa czy sen?
…nozdrza paliły go niemiłosiernie ,jakby ktoś wlał w nie żrący kwas,
odwrócił twarz od źródła nieprzyjemnej woni i otworzył oczy.Młody
mężczyzna pochylał się nad nim ,nie pamiętał skąd go zna,nie wiedział co
się stało ani ,dlaczego ludzie otaczający go są przerażeni.Przenosił
spojrzenie od twarzy do twarzy ,na dłużej zatrzymał je przy szpakowatym
,poważnym mężczyźnie ,który pytał co się stało?,czy coś go boli?
-Nie boli-”odpowiedział”,nie wiedział ,że nie wydał z siebie żadnego dźwięku ,że jego usta nawet nie drgnęły,poczuł silne dłonie na policzkach ,odwrócił twarz w stronę,w którą go ciągnęły i spojrzał w oczy koloru piwa korzennego,tak znajome i obce zarazem, chłopak pytał:
-Co się stało?,gdzie jest Al ?
-Nie wiem -odpowiedział bezdźwięcznie,pamiętał tylko ,że Al to coś ważnego,najważniejszego.Dziewczyna anioł o jasnych blond włosach i oczach niebieskich jak niebo ,pochylała się nad nim
-Gdzie jest Aurora?-pytała tonąc we łzach.
-Aurora…,to… coś dobrego,ciepłego… jak słońce ,dzięki temu czułem,że… mam wszystko-tyle wiedział na pewno …
Obraz przed jego oczami pojawił się znikąd,obszerny salon,komplet jasnych kanap.Na trzyosobowej chłopak w ciasno zaplecionych warkoczykach,obok niego dziewczyna anioł z wyciągniętymi nogami spoczywającymi na kolanach „sąsiada”.Na dwuosobowej kanapie dobrze zbudowany blondyn o lekko kręconych włosach i on.
-Aurora Luna…-usłyszał głos jak setki dzwoneczków,
-Dlatego AL – na fotelu siedziała drobna dziewczyna,uśmiechała się słodko,włosy miała w kolorze kasztanów,z jaśniejszymi pasmami gdzieniegdzie,sięgające do połowy szyi.Przez wielkie okno za jej plecami wpadało słońce,w którym jej włosy lśniły jakby skąpane miodem,spojrzała na niego dużymi zielono-bursztynowymi oczami aż mu dech w piersi zaparło ,długie, czarne jak smoła rzęsy, rzucały cienie na zaróżowione policzki,jej równe zęby już nie raziły bielą ,bo usta na powrót stały się różowo-perłowym serduszkiem ,od którego nie mógł oderwać wzroku.
-Luna znaczy księżyc,prawda?-zapytał jego umięśniony sąsiad
-Tak-odpowiedziała z uśmiechem
-A co znaczy Aurora?,czy w ogóle coś znaczy?-dopytywał ,za co był mu wdzięczny ,bo sam bardzo chciał to wiedzieć
-Blask słońca,promień słońca.To włoskie imię,ale z angielskiego, właśnie tak można je tłumaczyć…
-Czyli jesteś „Sunshine Moon”?-stwierdził zafascynowany blondyn.Uśmiechnęła się tak jak lubił najbardziej…
-Można tak powiedzieć …-przyznała chichocząc ,po jego ciele rozlało się błogie ciepło i już wiedział ,że to na nią czekał całe życie…
Obraz zniknął ,wyparty przez nerwowe nawoływania
-Bill!,co ci jest?!,spójrz na mnie do cholery!,słyszysz?!,co się stało?!,gdzie jest Al ?!-mężczyzna potrząsał nim mocno,nieprzyjemnie.
-Tom!,przestań!,nie szarp go!
-Tom…to też coś najważniejszego …-pomyślał,spojrzał w jego zmartwione oczy,zmartwione?…
-Nie…,nie są takie same…-znów usłyszał jej głos lecz tym razem jej nie widział-w oczach Toma widzę…,pewność siebie,tak potężną, że przesłania wszystko inne.Kiedy patrzy na ciebie,to tak,jakby mówił:ze mną się nie zadziera,uważaj…,dla własnego dobra.Nie potrzebując do tego słów,zwłaszcza ,kiedy chodzi o bliskie mu osoby-strach,niepokój,panika…właśnie to widać teraz w jego oczach…
-Nie boli-”odpowiedział”,nie wiedział ,że nie wydał z siebie żadnego dźwięku ,że jego usta nawet nie drgnęły,poczuł silne dłonie na policzkach ,odwrócił twarz w stronę,w którą go ciągnęły i spojrzał w oczy koloru piwa korzennego,tak znajome i obce zarazem, chłopak pytał:
-Co się stało?,gdzie jest Al ?
-Nie wiem -odpowiedział bezdźwięcznie,pamiętał tylko ,że Al to coś ważnego,najważniejszego.Dziewczyna anioł o jasnych blond włosach i oczach niebieskich jak niebo ,pochylała się nad nim
-Gdzie jest Aurora?-pytała tonąc we łzach.
-Aurora…,to… coś dobrego,ciepłego… jak słońce ,dzięki temu czułem,że… mam wszystko-tyle wiedział na pewno …
Obraz przed jego oczami pojawił się znikąd,obszerny salon,komplet jasnych kanap.Na trzyosobowej chłopak w ciasno zaplecionych warkoczykach,obok niego dziewczyna anioł z wyciągniętymi nogami spoczywającymi na kolanach „sąsiada”.Na dwuosobowej kanapie dobrze zbudowany blondyn o lekko kręconych włosach i on.
-Aurora Luna…-usłyszał głos jak setki dzwoneczków,
-Dlatego AL – na fotelu siedziała drobna dziewczyna,uśmiechała się słodko,włosy miała w kolorze kasztanów,z jaśniejszymi pasmami gdzieniegdzie,sięgające do połowy szyi.Przez wielkie okno za jej plecami wpadało słońce,w którym jej włosy lśniły jakby skąpane miodem,spojrzała na niego dużymi zielono-bursztynowymi oczami aż mu dech w piersi zaparło ,długie, czarne jak smoła rzęsy, rzucały cienie na zaróżowione policzki,jej równe zęby już nie raziły bielą ,bo usta na powrót stały się różowo-perłowym serduszkiem ,od którego nie mógł oderwać wzroku.
-Luna znaczy księżyc,prawda?-zapytał jego umięśniony sąsiad
-Tak-odpowiedziała z uśmiechem
-A co znaczy Aurora?,czy w ogóle coś znaczy?-dopytywał ,za co był mu wdzięczny ,bo sam bardzo chciał to wiedzieć
-Blask słońca,promień słońca.To włoskie imię,ale z angielskiego, właśnie tak można je tłumaczyć…
-Czyli jesteś „Sunshine Moon”?-stwierdził zafascynowany blondyn.Uśmiechnęła się tak jak lubił najbardziej…
-Można tak powiedzieć …-przyznała chichocząc ,po jego ciele rozlało się błogie ciepło i już wiedział ,że to na nią czekał całe życie…
Obraz zniknął ,wyparty przez nerwowe nawoływania
-Bill!,co ci jest?!,spójrz na mnie do cholery!,słyszysz?!,co się stało?!,gdzie jest Al ?!-mężczyzna potrząsał nim mocno,nieprzyjemnie.
-Tom!,przestań!,nie szarp go!
-Tom…to też coś najważniejszego …-pomyślał,spojrzał w jego zmartwione oczy,zmartwione?…
-Nie…,nie są takie same…-znów usłyszał jej głos lecz tym razem jej nie widział-w oczach Toma widzę…,pewność siebie,tak potężną, że przesłania wszystko inne.Kiedy patrzy na ciebie,to tak,jakby mówił:ze mną się nie zadziera,uważaj…,dla własnego dobra.Nie potrzebując do tego słów,zwłaszcza ,kiedy chodzi o bliskie mu osoby-strach,niepokój,panika…właśnie to widać teraz w jego oczach…
1.Kiedy rozpacz odbiera Ci oddech...
-Jak ktoś ,tak bezlitosny i okrutny ,może tworzyć taką muzykę?
…do tego potrzebne jest serce…,,masz wielką bryłę lodu zamiast niego,w bezkresnej czarnej dziurze zamiast duszy…
Jesteś potworem…,koszmarem ,najgorszym z najgorszych…
Zabolało…,jak nigdy wcześniej…
-I mam nadzieję, że minie jeszcze tysiąc mórz i tysiąc ciemnych lat bez czasu,nim znów cię spotkam…
Wyszła ,nie zamykając za sobą drzwi,a on stał tam ,z oczami pełnymi łez,dłońmi bezradnie zwieszonymi wzdłuż ciała,przepełniony bólem…,bo dla niego każde jej słowo było sztyletem wbitym w jego serce
-Bezlitosny,okrutny…-przerażający szept odbijał się boleśnie w jego czaszce,miażdżąc każdą komórkę mózgu
-Bryła lodu,bezkresna dziura zamiast duszy…-i choć mówił o sobie „ateista”,resztkami sił,bezgłośnie ,błagał Boga by zabrał z jego głowy ten głos
-Potwór,najgorszy koszmar…-i choć jej wciąż malejąca sylwetka przysparzała paradoksalnie więcej bólu,nie potrafił odwrócić wzroku
-Tysiąc mórz,tysiąc lat bez czasu nim cię spotkam…-może dlatego ,iż wiedział ,że widzi ją ostatni raz?Nie chciał nie patrzeć,mimo bólu
-To dobrze że boli,wtedy wiesz,że jeszcze żyjesz…-usłyszał w głowie jej zachrypnięty głos,była wtedy chora,angina ropna powaliła ją z nóg,tak bardzo ją bolało…
-Jeszcze żyjesz…-żelazny uścisk rozpaczy nie pozwalał mu swobodnie oddychać,łamiąc przy tym żebra i przebijając nimi płuca
-Zniknęła…,bezpowrotnie…-złowróżbny szept nie pozwalał mu wyrwać się bezdennej otchłani ,w której się znalazł
-Nie wróci…już nigdy…-myślał ,że bardziej boleć nie może,więc chciał nabrać więcej powietrza do płuc,…jak bardzo się mylił, krew w jego żyłach stała się lawą,krążącą po jego ciele,płonął żywcem…Wypuścił resztkę powietrza bez walki…,przestał oddychać…,a potem była już tylko ciemność…
…do tego potrzebne jest serce…,,masz wielką bryłę lodu zamiast niego,w bezkresnej czarnej dziurze zamiast duszy…
Jesteś potworem…,koszmarem ,najgorszym z najgorszych…
Zabolało…,jak nigdy wcześniej…
-I mam nadzieję, że minie jeszcze tysiąc mórz i tysiąc ciemnych lat bez czasu,nim znów cię spotkam…
Wyszła ,nie zamykając za sobą drzwi,a on stał tam ,z oczami pełnymi łez,dłońmi bezradnie zwieszonymi wzdłuż ciała,przepełniony bólem…,bo dla niego każde jej słowo było sztyletem wbitym w jego serce
-Bezlitosny,okrutny…-przerażający szept odbijał się boleśnie w jego czaszce,miażdżąc każdą komórkę mózgu
-Bryła lodu,bezkresna dziura zamiast duszy…-i choć mówił o sobie „ateista”,resztkami sił,bezgłośnie ,błagał Boga by zabrał z jego głowy ten głos
-Potwór,najgorszy koszmar…-i choć jej wciąż malejąca sylwetka przysparzała paradoksalnie więcej bólu,nie potrafił odwrócić wzroku
-Tysiąc mórz,tysiąc lat bez czasu nim cię spotkam…-może dlatego ,iż wiedział ,że widzi ją ostatni raz?Nie chciał nie patrzeć,mimo bólu
-To dobrze że boli,wtedy wiesz,że jeszcze żyjesz…-usłyszał w głowie jej zachrypnięty głos,była wtedy chora,angina ropna powaliła ją z nóg,tak bardzo ją bolało…
-Jeszcze żyjesz…-żelazny uścisk rozpaczy nie pozwalał mu swobodnie oddychać,łamiąc przy tym żebra i przebijając nimi płuca
-Zniknęła…,bezpowrotnie…-złowróżbny szept nie pozwalał mu wyrwać się bezdennej otchłani ,w której się znalazł
-Nie wróci…już nigdy…-myślał ,że bardziej boleć nie może,więc chciał nabrać więcej powietrza do płuc,…jak bardzo się mylił, krew w jego żyłach stała się lawą,krążącą po jego ciele,płonął żywcem…Wypuścił resztkę powietrza bez walki…,przestał oddychać…,a potem była już tylko ciemność…
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)